wtorek, 10 września 2019

Statek

Znalezione obrazy dla zapytania ship wreck accident
Okolica wyglądała, jak tundra bez jednego drzewa, czy wyższej roślinności, jakieś krzaki na pół metra wysokości i cztery biliony komarów, na metr kwadratowy, jak ktoś miał szczęście być tam właśnie w środku lata, które trwa pięć dni, to musiał się z tym spotkać, ale trzeba mieć farta, albo w drugą stronę zimową porą znaleźć się w Hammerfest, kiedy jest tak zimno, że nie można się wydostać z domu, a tu trzeba do Europy wracać i jedynym środkiem transportu jest statek oblodzony, wyglądający jak Yeti i przekrzywiony o 25% na prawą burtę, może trochę mniej, a każdy poznawszy morze wie, że pieść to pięć procent na horyzoncie, więc na pewno znacznie mniej, maksymalnie 5%.



Z jednej strony burty bulaje były zamknięte i pod wodą, a z drugiej było widać gwiazdy. Wyglądało to tak koszmarnie, że wchodząc do nadbudówki, bardzo się bałem, że łajba się wywróci, ale nie było innego wyjścia, a ja chciałem się dostać do Europy, tylko wszystkie inne drogi przez śnieżycę były zablokowane. Statek był zupełnie przeładowany, ale kto by się tym przejmował, że niby Norwedzy tacy dokładni, o kochani nie widziałem nikogo nigdzie na świecie człowieka wyrzucającego zużyte akumulatory do morza, do swoich fiordów, gdzie mieszka. Gdy wypłynęliśmy, zaczęły się kłopoty i kapitan z chiefem doszli do wniosku, że będą prostować statek, przesuwając boomy na lewą burtę, bo w morzu zaczynał się coraz bardziej lodem zachodzić i robił się coraz cięższy, a przechył było coraz większy. Przy tym silny wiatr i ogromny mróz. Załoga skuwa lód. Zaczynały się kłopoty z pompowaniem balastów, bo morska woda zamarzała, a statek nie był przystosowany do tak ekstremalnych warunków, choć teoretycznie zbudowany w Norwegii, ale wiekowy, bo miał ze dwadzieścia pięć lat i do tego górką. Boomy wychylone za burtę, hakami i linami przyczepione do relingu, a raczej ładowni, albo przez kluzy i polery do ładowni, która była nad nim, żeby się nie pourywały, wanty przy masztach były mocno naprężone. Prosta konstrukcja, klapy z systemem MacPerson otwierane windami i boomami, więc samo wychylenie bomów na wiele się nie zdało, a trzeba było coś ciężkiego. Znalezione obrazy dla zapytania ship wreck accidentCałą noc palnikami lód na ładowni rozpuszczaliśmy i wyciągaliśmy klapy, które były stosunkowo ciężkie, a ludzka ręka przy tym, jak mrówka pod butem, więc było strasznie niebezpiecznie. Były zapięte na szpilki z gumowym stabilizatorem i kliny wbijane na młot między połączeniami klap oraz opuszczonymi kółkami MacPerson, które otwierało się takim specjalnym, kluczem wkładanym w koło i przekręcanym o 180 stopni, ale żeby podnieść, kiedy łatwiej było wciągnąć mokrą cumę na pokład z morza, a była gruba jak ręka, cały system bardzo prosty, niezawodny, tylko młotem uruchamiany. Potrzeba było przenieść cztery klapy na lewą burtę, żeby wyprostować statek choć trochę, a przynajmniej na tyle, żeby się nadawał do dalszej podróży i woda nie wlewała się przez nadbudówkę, bez użycia tratwy ratunkowej i przepłynięcia za wyspę, wpłynięcia do fiordu, żeby schronić się przed wiatrem. Tratwy ratunkowe w takich warunkach mogłyby się nie sprawdzić, nawet specjalne kombinezony z ciepłej gąbki nie dałyby rady, choć teoretycznie powinny, a najlepsza wpadka była, ponieważ kapitan statku Ledel, kazał marynarzowi zapinać tratwy ratunkowe na łańcuchy, bo był walnięty i bał się, że mu heroinę narkomani Norwescy ukradną i w końcu był taki finał, że marynarz zapomniał odpiąć, a następnie niewesoło, gdyż nie dało się tych łańcuchów w żaden sposób zdjąć, bo było tak zimno i był podkład tak bardzo oblodzony, że się nie dało stać. Podobny obrazW piance i tratwie byłaby jakaś szansa i jakby statek poszedł na dno, to my razem z nim, a było tak kurewsko zimno i ślisko, z wiatrem silnym, że można było się spierdolić do morza w każdej chwili, kiedy trzeba było cały czas być na pokładzie statku. Statek nie był duży, jakaś mała łajba, coś do tysiąca ton, miał dwa boomy, kilka wind, kabestanów, konstrukcja prosta i szwajcarski silnik, bo to była następna chwila grozy, kiedy statek staje, my z falą się wierzgamy, bujamy się, można wylecieć za burtę. Mając wartę na mostku, patrzę w mapy, GPS uległ awarii, antena, była tak oblodzona, że nie można było jej, w żaden sposób wyczyścić, bo prawie leżała w morzu, a o smartfonach nick nie słyszał i ostały się stare papierowe mapy, sekstant i latarnie morskie, ale jest pogoda zła i nic nie widać, więc jeden z marynarzy na dziobie pilnuje, ale jak się przejrzystość trochę poprawia, idzie spać. Podrzuca statkiem, przelatuję przez drzwi na mostku i wpadam na reling, o mały włos nie za burtą, ale łamię szczękę i zwijam się z bólu, ale ktoś musiał stać za sterem, nie było litości, a jedynym elementem na statku sprawnym był bautraster, czyli ster strumieniowy na dziobie i papierowe mapy, na których rysowałem, kurs, bo chief nie miał czasu
Ster strumieniowy, to taki potężny silnik, który ma śruby zanurzone na dziobie i steruje statkiem w lewo lub w prawo, a przy manewrach w porcie służy do stabilnego i pewnego cumowania, bez nadwyrężania lin, szczególnie springa, a to ze względu na bezpieczeństwo załogi, bo czasem takie liny pękają, a marynarz chwalił się, że sam zrobił oko na końcu liny oraz szplajsy, które również są jego robotą, ale to bez znaczenia, bo przechył jest tak duży, że ster działa tylko w jendą stronę. Na mostku rzuca, główny silnik ma awarię, tratwy zablokowane, łódź ratunkową zerwał wiatr i nikt nic nie wie, co gdzie, kiedy i jak, palety drewniane uderzone maksymalną siłą, jak nie woda, tylko przez beton połamane, a tym już nie odpoczywasz z roztrzaskaną mordą na krew i ból, strzeliła fala, raz drugi, krzyczę - kurwa wypierdoliłem się za burtę, i panika, próbuje się łapać wszystkiego, jak tonący szczur wrzucony do wody, albo kot wrzucony do wanny pełnej wody, co tylko możliwe, a nic nie mam i jakiś cienki sznureczek od rzutki zaczepionej o trap na pokładzie, która wraz z potężną falą się rozwinęła i wpadła w moje ręce. Lewą ręką złapałem gałkę bosmańską, moje życiowe szczęście, ratunek, po czym szybkimi ruchami zacząłem się wspinać, a było z minus 40 i szybko do nadbudówki, przebrać się i znowu na pokład, bo zaraz wszyscy zginiemy.Podobny obraz Bosman każe mi ciągnąć linę na rufie kabestanu, która wyciągała klapę razem z boomem przy nadbudówce, pęka jakaś stalowa lina, wanta się skrajnie naprężyła, ale się udało, a tu znów wali i cała rufa siedzi w wodzie zalewa kabestan i schody do piętra, tym razem udaje się szybko uciec, ale coś się stało i ktoś musi szybko wracać na rufę, zobaczyć, co się stało, ponieważ ster się zablokował i trzeba zbadać, zobaczyć, a fala co dziesięć minut wdzierała się i wszystko zalewała. Więc była taka opcja, że idzie dwóch, otwieramy after pik i jeden tam zostaje, ocenia, co się stało i jest tam właz na pięćdziesiąt zardzewiałych śrub, więc dwóch wchodzi, wrzucamy butle za acetylenem i tlenem oraz palnik, klucze i odkręcamy. Jeden grzeje, drugi ściska klucz zaciskowy i odkręcamy. Roznosi się smród palonego acetylenu oraz starej morskiej zardzewiałej wody z takim wstrętnym śluzem wszędzie, wilgoci, zimna, mrozu, ciasnoty i śmierdzącej liny grubej na dwie moje pięści, nieruszanej od dwudziestu lat. Śruby są skrajnie przerdzewiałe i zwykły klucz sześciokątny nie sprawdza się, do tego wali statkiem na wszystkie strony, rzuca i co jakiś czas słychać nie huk, a jebnięcie fali w rufę, a my jesteśmy zamknięci, mamy leciwe latarki i jak coś się stanie zginiemy, w końcu dostajemy się do miejsca awarii, a ja w tym czasie uciekam, spać, bo już jestem 22 godziny na nogach.

Muszę chwilę odpocząć, ciemno wszędzie, szukam drogi, kabiny i wpadam w koję, od razu śpię, a tak rzuca, że co jakieś dwadzieścia minut na koi podskakuję o jakieś 40 centymetrów, ale cały czas muszę mocno się trzymać desek w okrętowej koi, takimi dechami po bokach zabezpieczającymi, żeby nie wylecieć na podłogę, ale jak tu spać, kiedy wszystko się buja i słychać chwilę świst i skok i upadek, czuć wbijający się statek w morze. Budzony jestem po dwóch godzinach i lecę jak szalony do roboty na następną dobę i tak będzie przez kilka najbliższych dni, już jesteśmy coraz bliżej, ale teraz na szczęście pechowe nie działa główny silnik, w końcu kapitan nie wytrzymał presji, się uchlał jakąś wódką. Pił fińską 60% Koskenkorvę, leżąc na mostku jak świnia uwalony, bo wydawało mu się, że statek z wiatrem równo sunie, na nieszczęście pogoda się poprawiła i nie było marynarza na wachcie. Gruby spasiony religijny dziad, który o mały włos nie zabija całej załogi, ale zanim to się stało, czuję, jak podrzuca statkiem, bo cały dziób rżnie po dnie, a forpiku jest dziura na wielkość dłoni, a korzystamy z okazji, bo robi się coraz cieplej i statek zaczyna przechylać w drugą stronę. Mechanik próbuje spawać dziurę i klinie jak opętany, bo poszycie popękało z poprzecznymi belkami w balastach i jak woda zacznie się dostawać tam, to zaleje całą ładownię, więc znów walka, na linie, takim zabezpieczeniu, schodkom, trapem dla pilotów dostaję się na zewnątrz i ogarniam całą dziurę i zaklejam jakąś specjalną taśmą i klejem, wszystko zaraz trwa chwilkę, a chłopaki trzymali i ciągnęli w górę, a ja na dole się poświęciłem z całym zapałem, o tyle fajnie, że mogłem złapać się kotwicy, ale co mi morze dupę zmoczyło, co mnie na tej burcie rzucało, co ja się nacierpiałem, jak zabawka, tylko nogami się odbijałem o burtę, nie miałem jakiś nadzwyczajnych butów, tylko Martensy z blachą na przodzie, ale walczę, jestem cały poobijany, moje ręce sine i zakrwawione w morskiej wodzie, piekące z bólu, bez rękawic, straciłbym ręce, tak mną tam rzucało, ale jest chwila spokoju i dostaję się do dziury, żeby zakleić. Walczyłem tak przez chwilę, ale, jak mi wtedy było długo, jakby całe życie przy tej dziurze spędził, bo nie mogłem tego zrobić, zostałem bohaterem. Mechanik w podobnym warunkach spawał, klął na Norwega takim żalem, jakiego nigdy w życiu nie słyszałem.
Cały czas żywiliśmy się jakimś suchym żarciem, bo kucharz nic nie mógł zrobić i jechaliśmy na starych zapasach, ale mieliśmy śledzie, więc nawet jak nie dało się upiec chleba, to chociaż śledzi można było się nażreć, surowych warzyw, owoców. Nikt nie myślał o niczym, brał w rękę, co było i do pracy, jedynie kawa się lała i zasada, że co godzinę każdy musi mieć, chociaż trzy minuty na kawę. Nawet jajecznicy nie było, jak zrobić, bo statek była tak przechylony, że stało się niewykonalne. Chleb ze starych zapasów, soki do picia, piwo, otwarta kantyna, więc jak ktoś mógł pić pił, ale nikt nie pił, no prawie, bo nie było czasu na to, więc, jak popił był skutek taki, że zagrażał wszystkim. Pamiętam wtedy, jakie miałem wielkie marzenie kobiety i chciałem już z tej Norwegii się wydostać, gdzieś do Holandii coś zapalić, pogadać z ludźmi, napić się kawy w spokoju słuchając kawały, a tu jeszcze nie wiadomo, czy nam się uda przeżyć. Podobny obrazW końcu pogoda się poprawia, wjeżdżamy przez jakąś górę i statek wygląda, jak widmo z wychylonymi boomami, do których były przyczepione cztery wielkie pokrywy z ładowni, a lód na całej połowie zaczyna odpuszczać, morze ucichło, że nie widać nawet jednej zmarszczki, jedynie piękny widok, ogromna góra i wielki wodospad w niej, przepływamy fiordem, sterem strumieniowym i dopłynęliśmy tu, ponieważ wiatr nas zepchnął, a klapy z ładowni za burtą zaczęły odgrywać rolę żagla, co nam dało prawie trzy węzły, składamy boomy, naprawiamy ładownię, którą wcześniej zepsuliśmy, dobrze, że była wysoko nad pokładem i fala, która się wdzierała, nie była duża, dlatego ratowaliśmy się klapami, a ładunek na statku był dobrze zablokowany nie do ruszenia z zewnątrz, stąd był pomysł zdjęcia klap przeważanie statku na drugą stronę i uratowania załogi, co z trudem dało się wykonać, ale się udało, a do ładowni wpadało sporo wody morskiej. Mechanik mógł ją wypompować, w końcu uruchomił silnik główny, a przyczyną była niska temperatura, kiepski silnik słynny ze swojej awaryjności, bo na statkach szwajcarskie silniki są najbardziej awaryjne, co daje przypuszczenie, dlaczego nie produkują samochodów, ale tym razem nie była wina silnika, a paliwa, niskiej temperatury oraz tego, że statek był stary i nie miał nowoczesnego oprzyrządowania w maszynowni, wszystko było ręcznie sterowane.Podobny obraz Żeby z przodu włączyć windę, trzeba było otworzyć zawór z olejem i przekręcić w lewo, żeby na tył trzeba przekręcić w drugą stronę, a do kabestanu inny zawór przekręcić i wszystko ręcznie ustawiane, ale niezawodne. Silnik nie miał wirówki i przez zimno w tankach pojawiła się woda i doprowadziło do awarii, mieliśmy dobrego mechanika, fachowca, któremu zawdzięczamy życie. Kapitan na statku został zamknięty w kabinie i w kajdankach, została odebrana mu broń palna, ponieważ ze swoim alkoholowym wyskokiem, zagroził nam i ładunkowi. Warunki pogody jedno, a odpowiedzialność, to drugie. Kapitana poznałem, jako strasznego choleryka, lecz ten bez wahania mnie zabrał na pokład i nic nie chciał, przy czym wydawał się, być, nieważne jaki. Chciałem sobie skrócić drogę o jeden dzień, w końcu wylądowałem jeszcze na dwa tygodnie i w tym czasie wylądowałem w Bodo razem marynarzami, a statek pojechał na dok do naprawy. Dok wyglądał dziwnie, bo statek był na wózkach spod wody wciągany stalowymi linami na ląd. Oglądałem potem zniszczenia, jakie były w dnie statku, ogólnie to wszystko było bardzo ekscytujące, cały był przetarty bok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz