Ciepłe słowa za szklanym parawanem znalazłem, lecz dzień chłodnawy
Zmarznięte oczy, zmrożone twarze, poranne szrony inauguracja zimy
Zimnica straszna, a jeszcze nie nadeszła już czuć skostniałe ręce
Śnieżyce, łopaty i kilofy na nieprzystępną zmarzlinę, wciąż z oddali
Rzeki polodowcowe, zamiecie, tornada, zimna cisza, mróz na niebie
Mentalna flauta, upadek obyczajowy, bessa w gigantycznej kotlinie
Ból immanentny rozsadza zmrożone umysły, konfiskuje natężone brejowate lica
Fasady wyschły, puste zapory, morza opróżnione, słońca bez energii, nie ma nas
Rozpacz pisze w umyśle, na oczach swoich umieram w przenikającej zmarźlinie
Cienia duszy ukrytej głęboko pod dywanem na końcu smutku i rozkładu
Prosi o litość
ApostazjaZ daleka jawi się krystalicznie czyste złoto
Z bliska czuć mętne odory zza obory duchowej
Schowane za konfesjonałem brudne aktywa
Tandetna atrapa wzorca satrapa zdycha
Wiolonczelistka zagra chorobliwe nuty
Pieśń rozwiąże nasze wszelkie bóle zapomnienia
Z rzeki nurtem popłynie sprzeczność radości
Zostaniemy sami z sobą bez anielskiej twarzy
Zobaczywszy własne oczy poczujemy przekłamanie
Wyciągniemy z wnętrza krzyże oraz ich odchody
Wyklęci odejdziemy w pokorze przez czyste drogi
Otrzepiemy kurze ciemności i cierpienia ludzkości
Amen
Upodlenia dzień
Spadłem z góry w ramiona swoich nieszczęść
Zamrożonych świtów, niedostatku natchnionej duszy
Zmarzliny duchowej powłoki, lecz miny srogiej
Światło opuściło każde uczucie, odeszło za mgłą śladu
Zaryglowane serce mocniej niż kłódki na paryskim moście
Obywatel w objęciu cywilizacji śmierci, czarnoksięstwo nadchodzi
Od utraty zmysłu powagi i zrozumienia trwogi w grzęzawisku
Bezsilność, zupełna inwigilacja, zatracenie własnej dumy
Wartości zachowane, lecz takie anemiczne w obliczu samotności
Chwila odejście, wołanie o pomoc, żeby otworzyć jej wrota
Wkręca się w ciało, nadzieja spłukana resztką ostatniej radości
Słońce już się rozpadło, zaczerwienione wpadło za księżyc
Zasłoniło wszystkie gwiazdy oraz myśli zamknięte w sejfie
Tornado wielkiego majestatu, cały świat leży na kropce
Tyciutki brylancik, szlif holenderski, starannie dopasowany
Podpalają najczystszy krystaliczny cud, lecz węgiel łatwopalny
Odejść wypada, zostawić całokształt w waszym zapomnieniu
Palcie sobie pełnię obłudy, lecz duszę moją zostawcie
Nienawidzę krzyży, wrednego boga i labiryntów zakłamania
Spalone prochy rozdmuchać na cztery wiatry proszę
Zatrzeć i zostawić beze mnie w zapomnieniu na zawsze
Pilnie umrzeć muszę, nie mam sił żadnych, umieram
Moi kochani, zostawiam dziurę bezsensu zabitą
Nauczyłem w życiu się tylko cierpienia, nie mogę więcej
Sztuka powrotu to droga zamknięta w mentalnym zapomnieniu
Zostawia duszę zamkniętą w odmętach cuchnącego odoru
Ambicja nie pozwala i zamyka drogę do przetrwania
*silne stany jesiennej depresji autora

Śmierć
wypuczony kryzys świadomości
nędza rozpustnej przemocy
myślowy żebrak ubodzony
potargane szumem oczy
postacie zamglonych marzeń
sięgamy coraz niżej
dotykamy samego dna
puste wiersze zostają
przyjdzie zgonu chwila
zamknięte doznań schody
fot. z sieci
Bez bomb
Bez bomb nie giną ludzie
Bez bomb zabawek dużych chłopców
Bez bomb nie byłoby głodu
Bez bomb szyderczego śmiechu
Bez bomb nie byłoby wojny
Bez bomb nie giną ludzie
Bez bomb zabawek dużych chłopców
Bez bomb nie byłoby głodu
Bez bomb szyderczego śmiechu
Bez bomb nie byłoby wojny


Poeta targany burzami
OdpowiedzUsuńpiorunami gradem i zmarzliną
w świat swój zabiera
Smutek w drodze i niemoc
Potrzebujemy anielskich
twarzy
One na ścieżkach, drodze
będą drogowskazem
Poeto słońce zaświeci
gwiazdy brylantową
rozsieją rosę
Ona będzie życiem
i będzie nadzieją