Stasiek, najstarszy chłopak w naszej rodzinnej paczce nie poszedł do szkoły. Niestety, pierwsza klasa liceum. Przeraża go trochę język polski. Stremowany chodzi, musi czytać jakieś cytaty z Biblii, po prostu jazda bez trzymanki dla chłopaka i my wszyscy ateiści..., a to bardzo sumienny człowiek, łyka języki obce lepiej niż krowa trawę i całkiem skutecznie (ang., niem.). W pokoju jak u prezesa, biurko na trzy metry długie, białe, czyściutko, żadna Pani sprzątająca nie musi się fatygować. Uczy się sam, a imprezować nie ma jeszcze ochoty.
Tłumaczę mu, że im więcej teraz da z siebie, tym później będzie mu łatwiej „imprezować". Dziecko dostało Księgę Siusiaków i Cipek jak jeszcze do zerówki chodził, amatorska edukacja seksualna. Złote dziecko :-), lepiej chuchać, żeby nie zapeszyć.
Rozpłakała się Anielka, tak brzmiało, jakbym o Staśku pisał, ale on jest bardziej skryty, prawie dorosły. Staś przycisnął drzwiami paluszka Anielki. Dziewczynka zła była w nieskończoność i płakała, uciekła na podwórko. Za dziesięć minut wraca, przytuliłem, zapytałem, co się stało, opowiedziała, że Staś jej paluszka przyciął i bolało bardzo. Staś pewnie nic nie zrobił, ale to jest bardzo wrażliwa dziewczyna i nie pozwala sobie nawet na złe próby kombinatoryki i manipulacji, stąd była taka wielka afera. Staś przepraszał, mówił, że więcej tak nie zrobi. Mówię do niej, podaj rękę, przecież Cię przeprosił i zrozumiał. Nie chciała podać, duma górą. Zachęcam, raz drugi, ale nic, tylko przytulona do mnie, jak do skarbów ocean.
Po następnych pięciu minutach wybuchła przyjaźń między Anielką a Staśkiem. Być teraz człowiekiem mądrym, kiedy dzieci zmienne są niczym pogoda w marcu, jak cierpliwość i wrota do piekieł, bo w niebie jest zimno. Dla nas o wiele za zimno i wolimy do piekła smażyć się na gorącym oleju z diabłami i zmorami naszej wyobraźni, śladu przeznaczenia, kropki przed i oraz fantazji.
Głowę można skręcać we wszystkie strony, czasem mieć za wiele uczuć, niekoniecznie pozytywnych, kiedy jeden dzień trwa jak tydzień i coraz szybciej spływa po naszym ego.
Następny dzień
Stasiek zapomniał głowy, zagubił wszystkie myśli techniczne i się na czymś skupił — ciekawe, co to może być? Myślę sobie, sobie, sobie, co jeszcze.
Musiało się wydarzyć coś wyjątkowo ważnego, a może myślał o liściach spadających z drzewa, licząc każdy oddzielnie i dzielnie każdy listek zapisany w pamięci, jak na klasycznym twardym dysku z pamięcią magnetyczną, gdzie każdy bit namagnesowany zostaje. Metodą organoleptyczną liczby zapisuje, żeby specjalnie zapomnieć o telefonie. Ryzyko jest duże albo długi spacer spod dworca kolejowego do domu.
Zlitował się rodzic, zapalił silnik, otworzył bramy i ruszył w drogę. Staś siedzi i czeka, knuje jakiś spisek albo przeparkował głowice magnetyczne. Czeka na litość, grzecznie siedząc na ławce.
Podjeżdżam, zatrzymuję się na kopercie park and kiss, a Stacho już jest w samochodzie, widziałem na twarzy uśmiech, wręcz niepohamowaną radość młodzieńca, któremu szczęście z gwiazdki spadło.
— Cześć Stasiu — mruknąłem pod nosem — Rano kawa na pamięć pomaga.
Beznadziejnie, dziumdziowato rzekłem na zduszonym wydechu, a on tylko.
— Cześć — Grobowa cisza, siedzi spięty, trzeba rozruszać towarzysza.
Szarzyzna dnia następnego, obowiązki, chmury, kwiaty, zwierzęta i księżyce. Dyskusja, która nic nie wnosi. Czy warto dowiedzieć się, co tkwi w głowie młodzieńca? Inaczej nie można, więc dyskusja nabiera tępa, aż nagle.
— Pójdziesz Anielę odebrać ze szkoły? — zapytałem młodzieńca.
Stasiek odwrócił głowę w moim kierunku i mówi.
— Muszęęę — umarłym pogrobowym głosem wyciągniętym z dna studni głębinowej. Podjadę prawie pod same drzwi szkoły, ale i jest źle, za daleko, nie wjechał samochodem do szkoły, po schodach, przez korytarz, drugie i trzecie drzwi do środka świetlicy.
Prowadzę samochód i nie mogę spojrzeć w oczy, a teraz mam wściekłą ochotę, ale cóż, zmęczone towarzystwo, więcej ode mnie pracuje.
— Przyjechałem po Ciebie, więc teraz się ciesz. Idziesz po Anielę bez żadnej dyskusji — szybko, patrząc przed siebie i kierowców z naprzeciwka, za mną.
Przede mną nikogo nie ma, gdyż wyznaję zasadę sloolow. Mam spokój i nigdzie się nie śpieszę, a pojazd jedzie na tempomacie tyle na, ile przepisy drogowe pozwalają, bo i tak nie ma sensu szybciej, na końcu drogi karnie za pośpiech trzeba odczekać w korku i wdychać wyziewy pierdzących współkierowców w dezelowanych dieslach z tamtego wieku.
Beznadziejnie, dziumdziowato rzekłem na zduszonym wydechu, a on tylko.
— Cześć — Grobowa cisza, siedzi spięty, trzeba rozruszać towarzysza.
Szarzyzna dnia następnego, obowiązki, chmury, kwiaty, zwierzęta i księżyce. Dyskusja, która nic nie wnosi. Czy warto dowiedzieć się, co tkwi w głowie młodzieńca? Inaczej nie można, więc dyskusja nabiera tępa, aż nagle.
— Pójdziesz Anielę odebrać ze szkoły? — zapytałem młodzieńca.
Stasiek odwrócił głowę w moim kierunku i mówi.
— Muszęęę — umarłym pogrobowym głosem wyciągniętym z dna studni głębinowej. Podjadę prawie pod same drzwi szkoły, ale i jest źle, za daleko, nie wjechał samochodem do szkoły, po schodach, przez korytarz, drugie i trzecie drzwi do środka świetlicy.
Prowadzę samochód i nie mogę spojrzeć w oczy, a teraz mam wściekłą ochotę, ale cóż, zmęczone towarzystwo, więcej ode mnie pracuje.
— Przyjechałem po Ciebie, więc teraz się ciesz. Idziesz po Anielę bez żadnej dyskusji — szybko, patrząc przed siebie i kierowców z naprzeciwka, za mną.
Przede mną nikogo nie ma, gdyż wyznaję zasadę sloolow. Mam spokój i nigdzie się nie śpieszę, a pojazd jedzie na tempomacie tyle na, ile przepisy drogowe pozwalają, bo i tak nie ma sensu szybciej, na końcu drogi karnie za pośpiech trzeba odczekać w korku i wdychać wyziewy pierdzących współkierowców w dezelowanych dieslach z tamtego wieku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz