Ile osób jest skłonnych skorzystać z chwili uwagi, bo zakładam lot wielki i wspaniały, a przede wszystkim zaplanowany wypadek, jak ostatnie chwile życia, zakończyć ślad, schłodzić nerwy i krew zatrzymać.
Lecąc, spadając na skrzydłach z wysokich przestrzeni rozbić się przy ogromnej ścianie, skale gołej, w błogim stanie przemieszczając się w powietrzu na skałę wlecieć. Człowiek nierozumny, skupi się na tym, żeby lot zakończyć na murze, kawałkiem skalnym, wystającym granitem, który jest tak ekscytujący, jak zapach skały albo nos w kamieniołomie. Są jeszcze inne sposoby, a wszystkie w głowie wydają się lotniczymi obscenicznymi drogami śmierci. Morskie pod żadnym pozorem, bo jestem wierszowym marynarzem, który mazia piórem po herbacie i robi fale, wyobraża sobie bardzo wiele. Jeżeli ktoś miał wątpliwości wszelakie, ja zawsze znajdę drogę wody, taki mój dar, choćby już było tak daleko do wierzchu, gdyby słońce głęboko zniknęło, wypłynę, tylko co potem? Jeżeli mi nikt ręki nie poda, co się stanie, jak nie zginę?Przygoda nie jedna, a w pierwszej mając dwa lata, wpadłem z pomostu do Narwi i wyłowili, nic mi się nie stało. Innym razem gdzieś z wywróconej łodzi w okolicach Wielkiej Brytanii, helikopterem zabrali. Kiedyś, gdzieś głęboko na Morzu Północnym zimową porą cały po czubki włosów zostałem zakryty czymś wchodzącym pode mnie znienacka, nawet grzbietu żadnego, piany nie było widać, jak przystałoby na porządną falę. Tylko to nie była zwykła, to był armagedon dziesięciometrowy, jakaś ogromna morska paranoja, morska martwa fala zaatakowała, grzecznie i poważnie, próbując zabrać me zwłoki. Nie było to morze, a kawałek idealnie dokładny, który wtopił się we mnie i odurzył swoim spokojem, mówiąc szeptem, chodź tu i zaszedł od tyłu, bardzo zaskoczył, gdyż nic zrobić nie mogłem, a potem mnie jakby przytulił swoją zimną wielkością, jak przyjaciel do tańca zaprosił, wziął w ramiona. Wchodził powoli, zarazem natychmiast i tylko było widać, jak pogłębia się przestrzeń, słońce znika, ale niczym łódź podwodna wypływam i jakiejś krawędzi deski się łapię, jak ostatniego, kawałka życia.
Tak już zostanie, pogoda ducha, słońca, czterolistnej koniczyny, amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz